Ciemnota społeczeństwa na podstawie pewnej pani z Dąbrowy Górniczej.
Kiedy wchodzicie do jakiegoś prywatnego miejsca, urzędu, sklepu, kina, burdelu akceptujecie automatycznie regulamin. Nie dziwi Was, że jak w kinie będziecie wrzeszczeć czy też za głośno przeżywać orgazmy to Was najzwyczajniej w życiu wywalą na zbity pysk. To samo się tyczy restauracji i innych miejsc. Więc czemu Tą kobietę ździwiło to, że kontroler biletów (pot. Kanar, chuj, JKB 100% tylko buk może nam sprawdzać bilet) ją spisał?
Wysiadając napuszona jak pudelek skwitowała jego zachowanie koleżance takimi słowami: „Toż to zamach na wolność, jak on miał prawo nie wypuścić mnie na przystanku?! Kurwa mać.”. Jasne, że mógł. To jego praca i dopóki Ci nie wypisze kwitka masz siedzieć i nawet nie mrugnąć. I TO właśnie jest zawarte w umowie:
- Czy kontroler ma prawo przetrzymać mnie w pojeździe podczas wpisywania mandatu, mimo że chcę wysiąść na swoim przystanku?
- Miejscem pracy kontrolera jest autobus. Zgodnie z paragrafem 9, pkt. 7 zasad porządkowych KZK GOP pasażer zobowiązany jest oczekiwać do zakończenia czynności wykonywanych przez kontrolera. Kontroler nie odpowiada za pozostawione mu przez pasażera dokumenty.
Dziwi to kogoś? Nie powinno. Na miejscu KZK GOP dodałbym podpunkt nakazujący zbiorowe bukkake na każdego kto słucha głośno muzyki w autobusie. Bez względu na płeć osoby wykonującej i strony biernej. Pomijam tutaj PKPowe badziewiactwo działające na zasadzie „Nie mamy Pańskiego płaszcza, i co Pan nam zrobisz?”. Oni zaznaczają wszędzie, że mają w dupie że coś przez ich niekompetencję się stanie. Po pół roku Wrocławskich podbojów znam to aż za dobrze.
Przypomniało mi się stare rumuńskie przysłowie „To, że nie znasz prawa nie zwalnia Cię z jego przestrzegania”.
Ament.
Matte


